Dzisiaj wielkie greckie święto - rocznica „nie". Jest to święto narodowe upamiętniające ważne wydarzenie z czasów II wojny światowej. 28.10.1940 roku generał Metaksas, ówczesny premier kraju odpowiedział „nie" (όχι, czyt. ochi) na ultimatum Mussoliniego. Efektem było przystąpienie Grecji do wojny i wkroczenie wojsk włoskich.
W całym kraju odbywają się parady z udziałem wojska. Na ulice wyjeżdżają czołgi oraz inny ciężki sprzęt, odbywają się również pokazy lotnicze. My również (rodzinnie) uczestniczyliśmy w tych wydarzeniach w Salonikach. Wszędzie były tłumy ludzi oraz niewyobrażalna liczba samochodów zaparkowanych na różne niezwykle interesujące sposoby. Oczywiście ci, którzy dotarli wcześniej, wyjechali ostatni, bo musieli czekać aż cała reszta odblokuje ich pojazdy. Zaraz po paradzie niemal wszyscy ruszyli do restauracji i kawiarni, które nagle wypełniły się po brzegi. Dodam jeszcze, że pogoda dopisała. Było słonecznie i ciepło (ok. 20 stopni), więc cała impreza udała się wybornie!
My świętujemy już od piątku. Obchody rozpoczęły się w szkole uroczystą akademią. Szkoła, co prawda amerykańska, ale w końcu na greckiej ziemi. Były więc prezentacje i przemówienia po angielsku, ale również greckie pieśni patriotyczne i tańce. Dzieci miały przedłużony weekend, bo wczoraj również był wolny dzień.O Białej Wieży - symbolu Salonik pisałam już wcześniej. Od dwóch lat, czyli odkąd przyjechałam do Grecji marzyłam o tym, żeby wejść do środka i zobaczyć jak tam wszystko wygląda. To już taka rodzinna cecha - ciągłe pragnienie eksplorowania. Często dosyć przydatne, bo człowiek jest w stanie wiele poświęcić, szczególnie energii i czasu, żeby coś zobaczyć. Bywa tak, że jedzie się kawał samochodem, albo wspina się w upale i kurzu kilka godzin i nie zobaczy się właściwie nic, ale... Dla samej satysfakcji eksploratora warto to zrobić i to właśnie jest znacznie lepsze od siedzenia na plaży lub popijania drinka na leżaku przy hotelowym basenie.
Ale wracając do Białej Wieży - JEST JUŻ OTWARTA, BYŁAM TAM! Ponad dwa lata przygotowywano wystawę przesuwając termin jej otwarcia, ale opłaciło się czekać. Obecnie można tam obejrzeć ekspozycję dotyczącą historii Salonik. Poszczególne etapy zostały pokazane w oddzielnych salach w bardzo nowoczesny sposób. Są tam liczne monitory pokazujące historię zabytków, stare filmy dokumentalne, instalacje wyświetlające mapy i zdjęcia. Z głośników wydobywają się dźwięki dopasowane do danego tematu. Pierwsze, bardzo dobre wrażenie robi mapa okolicy wyświetlona na niewielkiej, nazwijmy to piaskownicy. Powierzchnia piaskownicy jest uformowana tak, żeby odzwierciedlić ukształtowanie terenu. Nie muszę, chyba, wspominać, że moje dzieci były nią zachwycone. Moja dwuletnia córeczka rzuciła się od razu w stronę piasku, żeby w nim trochę pogrzebać!! Udało jej się nawet odcisnąć niewielki ślad, ale szybciutko została przegoniona przez panią, która pilnowała porządku w tej sali. Wystarczy chwila nieuwagi rodzica, a dziecko może zdemolować wystawę w muzeum. Nieźle!
Duże wrażenie zrobiła na mnie część poświęcona pożarowi z 1917 roku. Rzeczywiście była to katastrofa.
Ale absolutnie najlepsze jest miejsce pokazujące tajniki kuchni tego regionu. To niewielkie pomieszczenie na samej górze, udające restaurację. Stoliczki, przy których można usiąść, a na każdym z nich wmontowany jest ekran, pokazujący, jak się przyrządza i podaje daną potrawę. Mniam, mniam, aż się jeść chce te pyszności. Tym bardziej, że z głośnika dobiegają wesołe odgłosy ludzi siedzących w jakimś dobrym lokalu - szczękanie sztućcami o talerze, rozmowy, śmiech, mlaskanie.
Opisy są wyłącznie po grecku, ale przy wejściu można wziąć audioguide, który po wystukaniu odpowiedniego numeru podaje angielskie tłumaczenie danego tekstu. Do końca września wejście do Wieży jest gratis. Kto ma okazję niech się tam uda!
Ja wybieram się jeszcze raz. Bez dzieci.Jadąc do Olimpii musieliśmy przedrzeć się przez góry Tajget – wysokie, strome i piękne, trochę przypominające polskie Tatry. Po drodze, która była niezwykle kręta, zatrzymaliśmy się na obiad w jakimś małym pensjonacie. Uderzyło nas chłodne, rześkie powietrze – byliśmy wysoko, różnica temperatur wynosiła co najmniej 10 stopni, do tego wiał lekki wiaterek, więc pierwszy raz od początku naszej podróży przydały nam się kurtki (oczywiście cieniutkie, bo nadal było ok. 20 stopni, po prostu przywykliśmy do greckich, czerwcowych upałów).
Trasa dostarczyła nam więcej niespodzianek, większość miłych w postaci górskich widoków - bujna zieleń poprzeplatana z nagimi skałami oraz powciskane pomiędzy szczyty maleńkie wioseczki. Zastanawialiśmy się jak to w ogóle możliwe, że mieszkańcy są w stanie wydostać się stamtąd zimą, tak niepozornie wyglądały niektóre drogi dojazdowe. Wystąpił również element totalnego, niezbyt miłego zaskoczenia, kiedy w pewnym momencie okazało się, że jesteśmy na zupełnie innej drodze i nie bardzo w tym kierunku, w którym powinniśmy. Na szczęście uprzejmy Grek, szeroko gestykulując, wyjaśnił nam, że trasa, którą chcieliśmy jechać została zamknięta z powodu trzęsienia ziemi. Rzeczywiście, słyszeliśmy o nim tydzień wcześniej. Nie wiedzieliśmy, że miało ono aż tak poważne skutki.
Na szczęście szybko udało nam się znaleźć inną drogę, która znacznie lepiej nam pasowała i do Olimpii dotarliśmy bez większych przeszkód, nie licząc dzikich, połączonych z trudnymi do zniesienia wrzaskami, zabaw naszych znudzonych dzieci.
Ruiny starożytnego sanktuarium Zeusa zwiedzaliśmy rano. Cały kompleks jest bardzo ładnie położony pośród bujnej roślinności. Stan obiektów pozostawia wiele do życzenia, bo są to głównie niewielkie fragmenty w wielu przypadkach bezładnie porozrzucane i nie dające żadnego wyobrażenia o tym jak kiedyś to wszystko wyglądało. Na szczęście są opisy razem z komputerowymi symulacjami wyglądu starożytnych budowli w czasach świetności. Dodatkowo na pociechę pozostaje niezwykła atmosfera i świadomość, że to stąd wywodzi się idea igrzysk olimpijskich i tutaj co cztery lata za pomocą promieni słonecznych zapalany jest ogień olimpijski. Po dużym kompleksie turyści (całe masy turystów) przechadzają się wygodnymi ścieżkami, w cieniu drzew oraz przy bardzo głośnym akompaniamencie cykad. Mnie się podobało! Nie przeszkadzały mi nawet tłumne wycieczki wszechobecnych Japończyków oraz niezwykle licznych w tym regionie Francuzów.
Olimpia (Ολυμπία) była miejscem kultu Zeusa. W ogromnej świątyni stał jego posąg dzieła Fidiasza uznawany za jeden z siedmiu cudów świata starożytnego. Odtworzono jedną tylko z kilkunastu kolumn z tej świątyni i muszę przyznać, że jej rozmiar robi wrażenie!
Pierwsze igrzyska odbyły się w 776 r. p.n.e.
Olimpię polecam ze względu na niewątpliwy urok, jaki daje jej położenie oraz atmosfera tego miejsca. Samo miasteczko to prawdziwy kurort dla bogatych turystów. Na głównej ulicy są wyłącznie sklepy z pamiątkami, piękną, ale drogą biżuterią oraz kawiarnie i restauracje, a wszystko ładnie oświetlone i bardzo zachęcające.Mistra (Μυστράς) to jest naprawdę coś super! To takie „ciacho” pośród zabytków Grecji. Warto dla tego miejsca zboczyć z wyznaczonego szlaku i nadrobić drogi. Miejsce to leży w głębi Peloponezu w pobliżu Sparty, która pomimo bogatej historii obecnie jest zupełnie nieciekawa. Należy ją szybciutko ominąć, kierując się w stronę gór Tajget, u stóp których leży Mistra – ogromne, otoczone murami bizantyjskie miasto, w którym zachowało się nadzwyczaj dużo ciekawych zabytków. Są one całkiem nieźle opisane, a przy tym rozciąga się stamtąd widok na prawdziwie górski krajobraz.
Zabytkowe miasto (założone w XIII w. przez Franków) jest prawie puste, dlatego że ostatnich mieszkańców przesiedlono stamtąd w latach 50. XX wieku, kiedy zaczęto przeprowadzać poważne prace renowacyjne. Teraz mieszkają tam tylko siostry zakonne w małym, ślicznie położonym (jak zresztą cała Mistra) klasztorze Pandánassa.
Do zobaczenia jest tam całkiem sporo, a zwiedzanie trwa kilka godzin, nie tylko ze względu na powierzchnię, jaką zajmuje miasto, ale też na dużą różnicę wysokości poszczególnych jego części. Najwyżej leży zamek (kastro) wybudowany w 1249 roku, poza tym zobaczyć tam można kilka klasztorów, kościołów oraz Pałac Despotów (Mistra była stolicą Despotatu Morei obejmującego południowo-wschodni Peloponez), który teraz jest, niestety, zamknięty ze względu na prace renowacyjne.
Atmosfera tego średniowiecznego miasta jest niesamowita. Spaceruje się starymi kamiennymi ścieżkami wśród bujnej roślinności. Turyści są, ale nie tak liczni, jak w innych ciekawych miejscach Grecji, więc można samemu w spokoju kontemplować zabytki oraz piękno natury. Jest tam mnóstwo pustych, urokliwych zakamarków, które dają schronienie podczas upału w cudownej scenerii przenikających przez małe okna i szczeliny promieni słonecznych.
Koniecznie trzeba wziąć ze sobą napoje i przekąski, bo na miejscu nic takiego się nie kupi. Poza tym piknik w takim otoczeniu to atrakcja sama w sobie!
Mistrę opuściliśmy zachwyceni i dumni z naszych dzieci, które brykały po górskich ścieżkach, jak małe kozice. Udaliśmy się na północ do Olimpii.Nafplion to jedno z najładniejszych miast w Grecji. Moja sąsiadka Greczynka twierdzi nawet, że najładniejsze i podkreśla, że Nafplion był pierwszą stolicą niepodległej Grecji. Faktycznie był – w latach 1829-1834. Miasto znajdowało się dwukrotnie pod okupacją wenecką i da się to zauważyć w architekturze kamieniczek na wąskich uliczkach starego miasta. Wenecjanie wybudowali tutaj również mały zamek obronny na wyspie (Bourtzi), który wygląda niezwykle malowniczo i jest obecnie obiektem często wykorzystywanym przy robieniu zdjęć przez turystów. Na wysepkę z twierdzą można dopłynąć łodzią z portu. Jednak przekonaliśmy się, że czasami bywa to trudne, bo Grekom, jak wiadomo, nigdy się nie spieszy. „Nasz” umówił się z nami na godz. 11, po czym, gdy zjawiliśmy się o uzgodnionej porze stwierdził, że ma jeszcze czterech klientów, którzy akurat piją kawę w pobliskiej kawiarence i jak skończą, to popłyniemy. Nie mogliśmy czekać, poza tym trochę nas zdenerwował tym podejściem, więc stracił czterech klientów, czyli naszą uroczą rodzinkę.
Wenecjanie wybudowali również ogromną twierdzę na wzgórzu zwaną Palamidi, z której rozciąga się piękny widok na całą okolicę. Turcy również pozostawili tutaj coś po sobie, m.in. meczety.
Ogromną przyjemność sprawia spacer zadbanymi, wąskimi uliczkami pośród bujnych, kolorowych kwiatów i winorośli pnących się po ścianach. My zjedliśmy na głównym placu przepyszny obiad, co stanowiło dodatkową atrakcję.
Nafplion zwiedzaliśmy po południu, potem udaliśmy się na nocleg do oddalonego o 12 km Tolo. Rano wróciliśmy, żeby jeszcze trochę pospacerować i pojechaliśmy na południe w stronę Mistry.
Hotel w Tolo mile nas zaskoczył. Zgodnie z tym, co mówi jego nazwa (Panorama) roztaczał się stamtąd przepiękny widok. Recepcjonista od razu nam powiedział, że jeśli zostaniemy tutaj na jedną noc, to będziemy chcieli wrócić i nie mylił się. Pokój był bardzo czysty i duży z aneksem kuchennym oraz balkonem, z którego mieliśmy cudowny widok. Do dyspozycji basen, plac zabaw dla dzieci, zadaszone miejsca parkingowe i bar. A rano zjedliśmy bardzo obfite śniadanie (czego tam nie było!) na tarasie hotelowym w cieniu drzew i parasoli.wtorek, 9 lutego 2010
Licznik odwiedzin: 16390
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:
Grecja, podróże, pasje.